|
Modliłam się do Boga. Prosiłam o pomoc. Dzięki pomocy rodziny z Włoch w maju 1992 roku poleciałyśmysamolotem do Włoch, do włoskich specjalistów. Dorota była już na wózku inwalidzkim. W klinice neurologicznej w Legnano, po zbadaniu chorej lekarz powiedział, że przyjechałyśmy za późno. Dorota rozpłakała się. Nie miałyśmy pieniędzy na leczenie, a mimo to przyjęli ją do szpitala. Przeprowadzono konieczne badania.
W mózgu założono zastawkę, żeby zatrzymać proces chorobowy. Po tej operacji stan zdrowia pogorszył się. Trafiła na oddział reanimacji. Podłączono różną aparaturę. Lekarze orzekli, że Dorota w każdej chwili może umrzeć. Choć dziecko jeszcze żyje, jego życie jest również zagrożone.
Pozwolono mi przebywać na oddziale reanimacji. Trzymając moją córkę w ramionach, modliłam się do Matki Bożej o łaskę ocalenia tych dwojga. Dorota nie chciała brać żadnych leków uśmierzających ból, żeby nie zaszkodzić dziecku. Mimo bólu uśmiechała się. Lekarze podziwiali jej hart ducha i okazywali dużo serca w trosce o jej życie.
Kolejne badania mózgu, nagle, wykazały zatrzymanie się procesu chorobowego. Po kilku tygodniach, córka wróciła na oddział neurochirurgii. Stwierdzono, że dziecko rozwija się prawidłowo. Intensywna opieka lekarska i świadomość że dziecko rozwija się dobrze sprawiły, że tak wielkie cierpienia Dorota znosiła z uśmiechem. Przebywałam z córką na oddziale dzień i noc. Trwało to około miesiąca. Ludzka miłość, której doznawałyśmy w tym wspaniałym kraju dodawała nam sił. Włosi uczynili wszystko, żeby uratować Dorotę i jej dziecko.
Modlili się razem z nami, pomagali finansowo i duchowo. Prasa włoska drukowała artykuły na temat walki o życie Doroty i jej dziecka. Telefonowano do nas z różnych stron Włoch i ze Szwajcarii. Ludzie przysyłali pieniądze i ubrania dla nas i nawet już dla dzieciątka. Włosi opłacili też przejazd mojego zięcia do Włoch.
W tym klimacie miłości i nadziei zdrowie Doroty zaczęło się poprawiać. Choć nadal była sztucznie karmiona, odłączano co raz to inną aparaturę. Już sama oddychała. Potem przeniesiono ja na oddział położniczy. Zaczęła przełykać zmiksowane potrawy. Neurochirurg poproszony na konsultację nie mógł uwierzyć, że Dorota może już jeść. Podjęto wreszcie decyzję odłączenia sondy.
Lekarze orzekli, że ciążę będzie można rozwiązać 14 września. Czy to przypadek, że to będzie święto Podwyższenia Krzyża Świętego? Przygotowana specjalna aparatura do ratowania życia Doroty okazała się całkiem zbędna. Dorota urodziła zdrowego, wspaniałego syna. a czuła się lepiej niż inne zdrowe kobiety, które w tym czasie rodziły.
Prasa, kamery, pacjenci tłumnie otoczyli nas. Nagłówki artykułów prasowych głosiły: "Cud w szpitalu!", "Chora na nowotwór mózgu wydaje na świat dziecko", "Miłość bohaterskiej polskiej matki zwyciężyła zło". "Urodził się cudem. Uczyńcie wszystko żeby żył!" itd.
Ci obcy ludzie płakali. Przychodzili do nas, całowali ręce Doroty.
Nadaliśmy mu imię Łukasz. Po czterech tygodniach przewieziono nas z Łukaszkiem do Varese na oddział radioterapii. Tam również przyjęto nas z nadzwyczajną miłością. W szpitalu, przy łóżku ciężko chorej, lecz szczęśliwej mamy odbył się Łukasza chrzest. Goście, a była ich liczna grupa, zaśpiewali "Czarną Madonnę", a ksiądz powiedział, że to "Czarna Madonna" doprowadziła do tych uroczystości.
Do kraju wróciliśmy w końcu listopada 1992 roku. Dorota czuła się co raz lepiej - była już w rodzinnym domu i w swoim kraju.
Nadszedł kwiecień 1994 roku. Nagle Dorota poczuła się bardzo źle. Odwozimy ją do szpitala.
Badanie komputerowe wykazuje istnienie nowego guza o dużej złośliwości w płacie czołowo-ciemieniowym. 24 kwietnia 1994 roku stan zdrowia Doroty jest beznadziejny: wystąpiła śpiączka i brak wszelkich reakcji. W tym dniu Ojciec Święty beatyfikuje Giovanni Molla, która wiele lat temu zmarła w podobnych okolicznościach.
Po wielkim kryzysie stan mojej córki znów się poprawił, ale nadal był ciężki. Lekarze mówili, że nie wiedzą dlaczego jeszcze żyje, że w każdej chwili może umrzeć. Ale ona żyła, żyła przybita śmiertelną chorobą. Często patrzyła na Krzyż wiszący na ścianie i wyciągała do Niego swoją lewą rękę. Nigdy się nie skarżyła na swój los, na swoją mękę. Tuliła małego Łukaszka, który co chwilę przybiegał do jej łóżka i mówił: "kocham cię mamo". Wzruszała się, a on klękał wtedy przy jej łóżku i odmawiał paciorek. Pewnego wieczoru bardzo płakałam i modliłam się w intencji Doroty. Kiedy zasnęłam miałam senną wizję. Matka Boża prowadziła mnie ścieżką i pokazywała różne domy. Najpierw były szare. Później coraz jaśniejsze i ładniejsze. Na koniec stał piękny okazały dom - cudownie oświetlony i cały w kwiatach. Uśmiechnęła się do mnie Maryja i powiedziała: "To jest dom twojej Doroty".
Trzy tygodnie przed śmiercią Dorota leżąc na swym łóżku wyciągnęła swoja lewą rękę do Krzyża,
mimo że już od dawna nie mogła mówić, powiedziała: "Ja chcę już iść do Nieba". Chciałam, by to jeszcze powtórzyła, ale ona tylko się do mnie uśmiechnęła. W niedzielę 3 września 1995 roku cały dzień czuwaliśmy przy jej łóżku. Wieczorem byłam z nią sama. Odmówiłam koronkę do Miłosierdzia Bożego.
Tego dnia o godzinie 21 odeszła do Pana. Tuliłam jej martwe ciało do serca. Była już szczęśliwa i było to widać. Uroczystości pogrzebowe uświetnił ks bp Adam Lepa i kilkunastu księży. Tłumy wiernych żegnały tą, która dla ratowania swojego dziecka oddała najlepsze lata życia, złożyła przy tym ofiarę wielkiego cierpienia i poszła z modlitwą do Chrystusowego Krzyża. Uchwałą Rady Miasta Piotrkowa Tryb. z dnia 11.10.1995 roku Dorota Piesik otrzymała tytuł Honorowego
Obywatela Miasta Piotrkowa Trybunalskiego.
Mały Łukaszek przyjął już I Komunię św. Jest ministrantem, a służbę przy ołtarzu wypełnia gorliwie. Jest zdrowy. Uczy się bardzo dobrze, a mamę swoją kocha tak, jakby tu żyła przy nim. Już w swoim krótkim życiu w Adopcję Duchową przyjął kolejno dwoje dzieci poczętych.

Sankcje dla obrończyni życia poczętego
Przed laty byłam społecznym kuratorem sądowym i miałam pod opieką bardzo miłą i ładną siedemnastolatkę Basię. Jej sytuacja była trudna. Rodzice byli alkoholikami, młodszy brat był niepełnosprawny; był złośliwy. W niedługim czasie okazało się, że Basia jest w ciąży. Jej chłopak i ona sama bardzo pragnęli dziecka, natomiast matka Basi kategorycznie żądała, żeby ciążę usunąć. Ponieważ stanęłam po stronie Basi, jej matka urządziła mi awanturę i oskarżyła w sądzie. Zostałam natychmiast zwolniona z funkcji kuratora "za przekroczenie kompetencji".
Basia przeniosła się do rodziny przyszłych teściów i wkrótce zawarła z narzeczonym ślub.
Dziecko - chłopczyk urodził się zdrowy. Ma obecnie 14 lat.
Z Basią do dzisiaj mam kontakt. Jej mąż został niestety zamordowany w niewyjaśnionych
do chwili obecnej okolicznościach.
Ona została z trójką dzieci sama i jakoś sobie radzi, ale brak jej oparcia w rodzinie, a bardzo tego potrzebuje. Mnie nazywa "ciocią".
imię i nazwisko zastrzeżone

O życie poczętych dzieci walczy polska młodzież
Świadectwo s. Moniki, katechetki młodzieży licealnej
Patrząc na młodzież, zazwyczaj z ubolewaniem stwierdzamy, że ulega różnego rodzaju zagrożeniom. Trzeba jednak pamiętać, że młodzi ludzie byli i są pełni ideałów. Te z kolei mogą stać się niewyczerpanym, a niekiedy niewykorzystanym źródłem dobra.
Przed kilkoma laty uczniowie szkoły średniej w której uczę, zaproponowali utworzenie grupy "obrońców życia dzieci nienarodzonych".
I tak pięciu maturzystów zainicjowało Ruch Krzewienia Duchowej Adopcji w naszej szkole. Obecnie grupa "obrońców życia nienarodzonych" liczy około dwustu osób.
Uczestnictwo młodzieży w Ruchu Krzewienia Duchowej Adopcji jest bardzo aktywne. Nie ogranicza siębowiem tylko do modlitwy, ale do konkretnych dobrych uczynków. Poniżej s. Monika podaje fragmenty wypowiedzi uczniów, jako odpowiedź na pytanie, dlaczego młodzież podjęła się Duchowej Adopcji i co Duchowa Adopcja wnosi w życie młodych ludzi.
Duchowa Adopcja Dziecka Poczętego jest dla mnie podziękowaniem za życie...
...tymi słowami osiemnastoletnia Magda rozpoczęła swą wypowiedź na pytanie: czym jest dla mnie Duchowa Adopcja oraz dlaczego podjęłam się tego dzieła?
Oto co pisze dalej:
(...) "Przez Duchową Adopcję jestem nie tylko wdzięczna Bogu za łaskę życia, ale czynię wszystko, aby tę łaskę otrzymał każdy inny człowiek (...). Przez Duchową Adopcję zrozumiałam również, że nie tylko Bóg chciał mego istnienia, ale także moi rodzice, którym dziękuję że pozwolili mi żyć. Według mnie, to nie człowiek, lecz Bóg który daje życie, powinien decydować o istnieniu człowieka".
Jakże koresponduje przytoczona wypowiedź z cytatem zaczerpniętym z "Testamentu Matki Teresy z Kalkuty" przez inną osobę:
"Aborcja zabija pokój, miłość i godność rodziny. Dlatego tak ważna jest jednocząca siła rodzinnej modlitwy. Ognisko domowe, w którym ludzie modlą się - pozostaje zjednoczone... Aborcja niszczy, zabija. Każde dziecko jest stworzone przez Boga i przeznaczone do wielkich spraw. Jeśli matka ma prawo zabijać swoje własne dziecko, to czyż nie mogą czynić tego inni ludzie wobec
siebie nawzajem?".
Zdumiewające jest to, że powyższe słowa zacytowała dziewczyna o imieniu Wirginia, która rozpoczęła swoje wyznanie od słów: "zawsze byłam za aborcją, sądziłam, że to rozwiązuje wszystkie problemy "niechcianego dziecka".(...) Zmieniłam zdanie po katechezie na temat Duchowej Adopcji, podczas której przytoczono pamiętnik kobiety, która dopuściła się aborcji.
W owym pamiętniku kobieta przytoczyła szczegółowy opis przebiegu aborcji, a następnie uczucia, jakie towarzyszyły jej dzień po dniu, po zabiegu. Nie potrafiła sobie wybaczyć tego, co zrobiła, odczuwała ogromny ból duchowy, psychiczny, czuła że straciła coś najważniejszego w swoim życiu. Do siebie samej odczuwała wstręt. Gdy więc usłyszałam o Duchowej Adopcji - pisze dalej autorka - nie zastanawiałam się ani chwili i wzięłam na siebie zobowiązanie do modlitwy w intencji dziecka zagrożonego zabiciem".
A oto inna motywacja podjęcia Duchowej Adopcji:
"Po zapoznaniu się z założeniami Duchowej Adopcji, na lekcji religii zrozumiałam, że to jest coś dla mnie. Może nie będę miała okazji uratować komuś życia, gdyż takiej sytuacji nie spotkam. Uratować życie człowiekowi bezbronnemu, którego niemego krzyku o pomoc nikt nigdy nie usłyszy - to rzecz niezwykle ważna, gdyż dotyczy małego człowieka którego nie widać, nie słychać, który nie prosił o życie, ale którego lęki przed niebezpieczeństwem potrafią już pokazać monitory specjalistycznych aparatów medycznych".

Świadectwo - apel młodego obrońcy życia o upowszechnianie
Duchowej Adopcji, skierowany do młodzieży, również do młodych
pokolenia jp 2
Życie ludzkie w XXI wieku jest nieustannie poniewierane. Zapominamy o godności człowieka,
o jego wartości a co najważniejsze o świętości ludzkiego życia. Niestety dla niektórych ludzi małoważną sprawą staje się, że codziennie giną setki niewinnych maleństw nazywanych "zlepkiem komórek" i wyrzucanych na śmietnik lub do dołu kloacznego.
To straszne!!! Uważamy się za ludzi cywilizowanych i postępowych za, a czynimy tyle zła odbierając życie istotom całkowicie bezbronnym.
Moja przygoda z Duchową Adopcją rozpoczęła się kilka lat temu, kiedy w mojej rodzimej parafii usłyszałem informację o rozprowadzaniu folderów Duchowej Adopcji, które można było otrzymać przed kościołem lub w zakrystii. Z początku nurtowało mnie to. Byłem wtedy w 2 klasie gimnazjalnej. Troszeczkę krępowałem się podejść i poprosić o ten folder. Ostatecznie zrezygnowałem z tego. Po prostu się nie przemogłem. Ale pomyślałem sobie, że przecież takie rzeczy na ogół dostępne są w internecie. Tam na pewno zdobędę większą dawkę informacji na ten temat i tak też się stało. Znalazłem kontakt z Centraknym Ośrodkiem Duchowej Adopcji na Jasnej Górze w Częstochowie. Stamtąd otrzymałem kilka folderów wraz z modlitwą codzienną.
I właśnie.
W taki sposób rozpoczęła się moja przygoda z ratowaniem życia bezbronnego życia.
To niesamowite, że możemy całe nasze duchowe wnętrze - nasze radości, smutki, modlitwę ofiarować w intencji dziecka, którego życie jest zagrożone, a którego imię jest tylko Bogu wiadome.
Dzisiaj po 4 latach od tego wydarzenia, co roku w Uroczystość Zwiastowania Pańskiego podejmuję Duchową Adopcji. Moja radość zostaje zwielokrotniona przez to, że przyrzeczenie
o Duchowej Adopcji podejmuje zawsze 25 marca. Przez 9 miesięcy wpatrzony jestem w Maryję, która to za sprawą Ducha Świętego stała się brzemienną. I kiedy przychodzi dzień Bożego Narodzenia również i moje dziecko, które duchowo adoptowałem wychodzi z ciała matki. To jest niesamowite przeżycie, które ubogaca mnie samego jako młodego człowieka. Przez to uczę się odpowiedzialności, a przede wszystkim wytrwałości.
Chciałbym się zwrócić do tych wszystkich, którzy mają jakiekolwiek wątpliwości co do włączenia się w to dzieło: Nie lękajcie się, Bóg da Wam odwagę, siły i czas na modlitwę, a jej owoce będą widoczne w Waszym życiu duchowym. Jeszcze raz dziękuję Bogu za to, że ukazał mi sposób sprzeciwu na zło, które uderza w to co na ziemi najcenniejsze, w życie ludzkie.
Myślę, że Jezus chciał mi pokazać przez to, że oprócz protestów i manifestacji potrzeba nam cichej i ufnej modlitwy, która potrafi góry przenosić. Za to wszystko niech będzie Bogu chwała!
Miejcie odwagę żyć dla tej Miłości! Dla tej Miłości warto żyć!
Dariusz Trzebuniak 17 lat www.wyruszdonieba.bloog.pl
|