|
|
W latach 1943-44 widziałem wielkie konwoje ludzi: kobiety, mężczyzn, starców, dzieci w różnym wieku i nawet kaleki na wózkach inwalidzkich, przez okrągłą dobę bez przerwy, podążających ku zagładzie na swej ostatniej drodze życia, na "drodze śmierci".
Oto widzę jak na czele wielkiej kolumny ludzi idą grupki oddzielnych rodzin, ale same kobiety. Prowadzą ze sobą dużą liczbę młodzieży i dzieci, niektóre maleńkie dzieci na rękach, czasem, choć bardzo rzadko w wózkach. Widać że wszyscy są ogromnie wymęczeni, spragnieni i głodni. Wystraszone dzieci płaczą. Wśród kobiet, słaniając się na nogach, powolnym krokiem podąża kobieta w zaawansowanej ciąży. Przestraszonym wzrokiem spogląda na wielki słup czarnego dymu z dala widniejący z poza drutów ogrodzenia obozu. Konwój przystaje. Stoi dość długo. Widocznie powstał jakiś zator na drodze. Biedni i zdesperowani ludzie nie wiedzą, dlaczego tak muszą stać i czekać. My wiemy, że to nie zator na drodze jest przyczyną długiego oczekiwania, ale krematoria nie nadążają ze spalaniem zwłok unicestwianych ludzi.
To straszne i okrutne. Gdy patrzę na to wszystko ogarnia mnie przerażenie, a zarazem współczucie z powodu ich wielkiej tragedii. Przecież ci wszyscy ludzie są całkiem niewinni i w tak bestialski sposób są mordowani. Komu i czemu służy ta wielka zbrodnia?
Ludzie stojąc bezczynnie, spoglądają na nasz obóz, na poruszających się i pracujących więźniów. Coś mówią do nas, ale nikt nie reaguje wiedząc, że SS-man na wieży strażniczej zaraz odda serię strzałów z karabinu maszynowego. Nikt z więźniów nie usiłuje nawiązywać kontaktu ze skazanymi na zagładę, świadom, że wszelka pomoc jest tu już bezskuteczna. Możemy się tylko w duchu modlić i mieć świadomość niesłychanej zbrodni i okrucieństwa oprawców. Te nie kończące się konwoje śmierci szły nieprzerwanie.
Widziałem je nocą i dniem i przez wiele tygodni.
Nieustannie słyszałem, i słyszę dziś jeszcze, podświadomie, dolatujący gdzieś z oddali złowieszczy gwizd lokomotywy, oznajmiający przybycie na bocznicę nowego pociągu z tysiącami ludzi skazanymi na śmierć. Ten złowrogi gwizd zagłuszają dźwięki pięknych walców orkiestry obozowej. Zauważyłem, że nieraz ci ludzie z konwoju śmierci nie okazywali wielkiego niepokoju - oszustwo i podstęp oprawców były skutecznym narzędziem kamuflażu zbrodni.
Wydarzenie, o którym teraz opowiem, a którego byłem naocznym świadkiem, było określane, w ustaleniach hitlerowskich władz obozowych, pojęciem ścisłej tajemnicy (streng geheim, tzn. ściśle tajne), a tzw. Geheimnistraeger, czyli nosiciel tajemnicy był człowiekiem z wpisanym w życiorys nakazem natychmiastowego, bądź wkrótce, ale nieodwołalnego unicestwienia. W moim przypadku, na szczęście do tego nie doszło.
Ale to niespodziewane zdarzenie, miało spełnić wyznaczony mi obowiązek i ważny cel mojego uwięzienia:
Miałem ujrzeć ciała ludzi zamordowanych w komorze gazowej, tuż po dokonaniu zbrodni, po to, żeby kiedyś, świadectwo o nim przekazać wolnemu światu ku pamięci i przestrodze.
A było to tak:
Pracowałem przy plantowaniu terenu obok budynku komory gazowej. We dwóch przenosiliśmy ziemię w nosiłkach, z jednego miejsca na drugie. Właśnie wyładowaliśmy z nosiłki ziemię.
Nie było w pobliżu kapa, więc korzystając z możliwości choć chwilowego odpoczynku, stałem bezczynnie z kolegą więźniem ciężko oddychając. Stanęliśmy tak, w odległości ok. 5-8 metrów od budynku komory gazowej, gdy nagle usłyszałem łomot. Spojrzałem w tym kierunku... i zdrętwiałem:
Ujrzałem kłębowisko ludzkich zwłok, które "wysypały" się z komory śmierci. Przypuszczam, że zaczepy wrót, bądź śruby, były słabo zamocowane i "puściły", i wrota stalowe pod naporem zszokowanych, mordowanych ludzi, po pewnym krótkim czasie, gdy ci ludzie byli już martwi - wywróciły się i na zewnątrz wysypało się kłębowisko zwłok.
Zwłoki ludzkie nie "rozsypały się". Były silnie z sobą splecione. Całe były zakrwawione i oblepione odchodami i wymiotami (taki był bowiem skutek działania trującego gazu). Widok był przerażający.
Ten makabryczny obraz widziałem przez 2-3 minuty, po czym zaraz nas stamtąd zabrali do innego miejsca pracy. Ale zdążyłem zauważyć, że jak wspomniałem, zwłoki były bardzo ze sobą splątane. Na wierzchołku tego kłębowiska ciał, były zwłoki silnego mężczyzny o dużej masie ciała, co świadczyło o bezlitosnej, brutalnej walce o życie, jaką w obliczu śmierci stoczyły pomiędzy sobą ofiary masowego mordu, chcąc wydostać się z pułapki.
Nie byłoby tego makabrycznego świadectwa, gdybym nie przeżył gehenny obozu zagłady. Opatrzność Boża, dla której nie mam dość wielkiej wdzięczności za 4-krotne ocalenia - sprawiła, że dziś przedstawiam to moje świadectwo.
Moje pierwsze ocalenie miało fundamentalne znaczenie, bo nie tylko pozwoliło przeżyć obóz, ale i rozpoznać wiele mechanizmów zbrodni hitlerowskich. Bez jakichkolwiek z mej strony starań, gdy wyniszczenie organizmu dawało mi szanse na życie nie dłużej niż ok. 2 tygodni, dostałem pracę w biurze zatrudnienia obozu (w tzw. Abeitseinsatzu) przy zapisach kartotekowych miejsc pracy więźniów (opisuję to w dalszym moim świadectwie).
Jak wspomniałem, praca w Arbeitseinsatzu dawała możliwość rozpoznawania mechanizmów przestępczych funkcji obozu. Taką wiedzą był na przykład przebieg dokonywanego w komorze gazowej morderstwa, którego mimo, że sam nie ujrzałem, dowiedziałem się i teraz postaram się przedstawić.
Przebieg masowego mordu był następujący:
"Kilkuset osobowa grupa nagich ludzi wchodzi przez masywne szerokie drzwi z rozbieralni, do oświetlonego sztucznym światłem pomieszczenia "łaźni z natryskami". Wchodzący ludzie widzą rozmieszczone pod sufitem bardzo liczne końcówki pryszniców (które były tylko oszukańczą atrapą).
Gdy wszyscy weszli do rzekomej łaźni, błyskawicznie zatrzaskują się drzwi wejściowe. Gaśnie światło. Tworzy się wielki zamęt i przerażenie. Lament, krzyki, wołanie o pomoc, walenie pięściami w drzwi. Wszystko na próżno. Nagle przez otwory w ścianie zewnętrznej, bądź do wnętrza perforowanej rury (wyprowadzonej ponad stropodach komory gazowej) SS-man w masce gazowej z hermetycznie zamykanej puszki wsypuje kryształki cyklonu B. Cyklon w zetknięciu z powietrzem natychmiast generuje trujący gaz. Stojący blisko ludzie duszą się natychmiast, wymiotują, oddają kał i mocz (bo taka jest reakcja organizmu ludzkiego na gaz cyklon B). Ci stojący przy wrotach zewnętrznych silnie napierają na nie, ale bezskutecznie. Tworzy się wielkie kłębowisko ciał ludzkich dramatycznie walczących o życie. Napierają na siebie, depczą słabszych, wrzeszczą. Po kilku minutach już nikt nie żyje. Obsługa komór włącza turbiny wentylacyjne.
Wchodzą ludzie z Sonderkomanda (komando specjalne - myło i usuwało z komory gazowe ludzkie zwłoki, oraz przewoziło i spalało w retortach krematorium) w maskach gazowych. Wodą z węży pod dużym ciśnieniem, zmywają oblepione odchodami zwłoki,
a następnie wózkami wywożą do krematorium, gdzie są spalane".
(Taki przebieg zbrodni, mógł mieć miejsce w komorze gazowej i krematorium Nr V, ponieważ budynek komory krematorium piątego był budowlą naziemną. Wrzutnie kryształków cyklonu w tym budynku znajdowały się w zewnętrznej ścianie bocznej. Natomiast komory gazowe przy krematoriach II i III mieściły się w budynkach podziemnych. W takich konstrukcjach komór, kryształy gazu wrzucano przez otwory w stropie, od których, aż do posadzki prowadziły rury skonstruowane z kilku warstw siatki z ruchomym rdzeniem. SS-man po otwarciu puszki z cyklonem, wrzucał jej zawartość na specjalny stożek rozdzielczy, dzięki czemu grudki kryształków równomiernie rozmieszczały się wewnątrz rury wrzutowej, co przyspieszało gazowanie).
Po przedstawieniu tego makabrycznego scenariusza powstaje dręczące pytanie: "Ci SS-mańscy kaci, którzy do wnętrza komory gazowej z hermetycznie zamykanych puszek wsypywali kryształki śmiercionośnego cyklonu B i każdy z nich zamordował własnymi rękami kilkadziesiąt tysięcy bezbronnych i niewinnych ludzi.
Jakie oni mieli to swoje prywatne domowe życie? Czy mieli rodziny i dzieci? W jakim środowisku żyli? Czy funkcjonowała w ich psychice świadomość odpowiedzialności moralnej za swoje postępowanie?
Zaczęła się gehenna
W pierwszych dniach lipca 1943 roku Niemcy rozpoczęli nocne bandyckie napady na mieszkania Polaków. Przeczesywali całe dzielnice miasta. Zaaresztowali wszystkich mieszkańców danego mieszkania, przewozili i przetrzymywali przez wiele godzin na wielkiej sali fabrycznej, po czym, wśród tych niewinnych ludzi wybierali potencjalnych przeciwników ich zbrodniczych poczynań, pakowali do cel więziennych, torturowali podczas przesłuchań i wysyłali do obozów zagłady. W takich okolicznościach, ja i mój brat Czesław mimo, że pracowaliśmy przez 12 godzin dziennie i oprawcy niczego nie potrafili nam udowodnić, zostaliśmy zaaresztowani i wtrąceni do więzienia. Sfingowano śledztwo połączone z torturami i sporządzono fałszywy akt oskarżenia; bez sądu i obrony, stwarzał on bezprawną podstawę skazywania na zagładę w tzw. obozie koncentracyjnym. Podczas dwukrotnego bicia na gestapo, wyrwał mi się z ust okrzyk: Maryjo, ratuj!. Wywołało to wśród oprawców ironiczne drwiny, a ja w duchu, losy mojego życia, powierzyłem Maryi i nie zawiodłem się. Jednomiesięczny pobyt w więzieniu był koszmarem: ściśnięci w małej celi, jak śledzie w beczce, spaliśmy na gołych deskach i tylko na jednym boku.
Z kibla w celi, do którego potrzebę załatwiało około 20 osób, śmierdziało tak, że trudno było wytrzymać. Były wszy i panował skrajny głód. Do tego dochodził strach przed torturami w śledztwie prowadzonym przez gestapo.
Gestapowcy wiązali ręce, między ręce i pod kolana wpychali kij i tak zwiniętego w kabłąk więźnia dwaj z nich bili gdzie popadło batami z ostrym końcem. Bezpośrednio po ostatnim śledztwie, zbitego i okaleczonego, o godzinie dwunastej w nocy, przerzucili mnie i brata do innej ciemnej celi, gdzie kilka godzin staliśmy ściśnięci jeden obok drugiego.
Zaatakowała mnie masa pluskiew, które gryzły. Rozmazywałem je po twarzy mokrej od krwi. Około północy zarządzono zbiórkę wszystkich na korytarzu więziennym. Związali nam ręce od przodu i pomiędzy nie włożyli każdemu po małym bochenku chleba na drogę. Wyprowadzili nas z więzienia. Ciężarowymi samochodami przewieźli na rampę kolejową, gdzie czekały już na nas wagony towarowe. Załadowali wszystkich do wagonów. Znów byliśmy ściśnięci jak śledzie w beczce.
Przez całą drogę przez wiele godzin jazdy, staliśmy. Nogi drętwiały. W połowie wagonu, aż do drzwi, staliśmy my więźniowie, a drugą połowę zajmował niemiecki konwojent, uzbrojony w karabin gotowy do strzału.
Staliśmy tak do rana. O świcie ruszamy w kierunku Skarżyska Kamiennej. Dokąd nas powiozą? Kalifaktorzy mówili, że ten transport pojedzie do Auschwitz, gdzie podobno już są warunki pozwalające na przeżycie, ale wszystko wskazuje na to, że wiozą nas do Majdanka, skąd dochodzą ponure wieści o masowych zgonach.
W południe przyjeżdżamy do Skarżyska. Dzień jest upalny, jesteśmy skrajnie wyczerpani i spragnieni. Przeładowują nas i dołączają do transportu z Radomia.
Późnym popołudniem przez uchylone drzwi wagonu rozpoznaję wieżę Jasnogórskiego Sanktuarium Matki Bożej. Dzięki Bogu... Jedziemy więc do Auschwitz, a nie do Majdanka. Na Jasnogórski klasztor spoglądam z utęsknieniem.
Czy ja tu jeszcze kiedy powrócę?
Pragnienie jest ogromne, napiłbym się nawet brudnej wody z kałuży, którą zobaczyłem podczas chwilowego postoju pociągu.
Przyjeżdżamy wreszcie do Auschwitzu. Jest późne popołudnie 29 lipca 1943 roku. Ustawiają nas w długą kilkuset osobową kolumnę przed główną bramą wejściową do obozu z napisem Arbeit macht frei (Praca czyni wolnym). Wyczytują nazwiska kilkunastu więźniów. Każą im wystąpić z kolumny. Zabierają ich. To ci, którzy tu zostali dowiezieni z wyrokami śmierci; są przeznaczeni na natychmiastową zagładę. Nigdy ich więcej nie zobaczyliśmy.
Wprowadzili nas do wnętrza obozu i ustawili obok umywalni (Waschraumu), pomiędzy piętrowymi blokami. Miałem przy sobie ręcznik, którym się wycierałem (w rzadkich przypadkach mycia się w więzieniu). Za resztkę nie zjedzonego chleba, kupiliśmy od miejscowego więźnia wodę. Namoczył nam ręcznik, a dwóch z nas nadstawiało otwarte usta i wykręcając namoczony wodą ręcznik, jak spragnione zwierzęta połykaliśmy każdą kroplę paskudnej wody z mydlinami, żeby tylko ugasić ogromne pragnienie.
Po torturach śledztwa, po bezsennej nocy, trudach całodziennej podróży w upalny dzień bez kropli wody - mieliśmy przed sobą drugą nieprzespaną noc na otwartym terenie obozu. Staliśmy tak, nie śpiąc ani przez chwilę.
Następnego dnia byłem nieprzytomny. Poruszałem się "jak w malignie".
Rano, każdemu więźniowi wytatuowano na lewym ramieniu jego numer identyfika-cyjny. Ja otrzymałem nr 131602 (suma cyfr równa się 13 - czy to dobry znak, czy zły?) Już nie mieliśmy imion i nazwisk - staliśmy się numerami, istotami jeszcze chwilowo żyjącymi, ale bez prawa do życia. Potem było strzyżenie całego ciała i głowy do samej skóry. Brudną szmatą z jakimś płynem dezynfekcyjnym ochlapano nam ciało.
Podczas tych "operacji" podchodził jakiś więzień i każdego z nas, rozebranego do naga, oglądał. Był to więzień-lekarz, działający z potrzeby własnego sumienia. Podszedł do mnie, obejrzał i powiedział: Masz krwawiące rany z pobicia w śledztwie, czy chcesz pójść do szpitala?
Odmówiłem, bo nie chciałem się rozdzielać z moim bratem, który podczas strzyżenia gdzieś mi się zagubił. Jego poranionego, zabrał do szpitala ów więzień, "miłosierny Samarytanin" i w ten sposób rozdzieliliśmy się. On pozostał na miejscu w Auschwitzu, a mnie, wraz z całą wielką kolumną osób deportowanych, pieszo przeprowadzono do sąsiedniego Birkenau oddalonego od Auschwitzu o cztery kilometry.
U kresu zdolności do życia
Po miesięcznym pobycie na kwarantannie, który jakimś cudem przetrwałem, przeniesiono nas na tzw. odcinek roboczy B II D, do bloku 30.
W nowym miejscu pobytu i pracy, warunki egzystencji były w dalszym ciągu skrajnie złe, prowadzące do nieuchronnej śmierci. Byłem u kresu sił. Zanikały po kolei wszystkie funkcje organizmu - zakłócenie mowy, powolne, ospałe poruszanie się, zanik zdolności jasnego myślenia. Nieustanny głód wywoływał bolesne ssanie żołądka. Gdy mój organizm znajdował się w takim stanie skrajnego wyniszczenia, nagle, jak piorun z jasnego nieba, nastąpiły przedziwne wydarzenia z granicy cudu. Zdarzył się też przypadek, który wprowadził mnie w stan osłupienia i który w pierwszej kolejności teraz opiszę.
Po powrocie z komanda, po apelu był czas, kiedy wolno było poruszać się po obozie. Wolnym krokiem, ledwie powłócząc nogami, szedłem główną drogą obozową między szeregowo ustawionymi barakami mieszkalnymi.
Był upalny słoneczny dzień. Wyiskrzona słońcem atmosfera powietrza. Szedłem ze spuszczoną ku ziemi głową, bo słońce bardzo raziło mi oczy. Podniosłem głowę... i nagle zdrętwiałem z wrażenia.
Oto widzę dokładnie ten sam obraz, jaki ujrzałem we śnie w dniu wybuchu II wojny, obraz, którego nie umiałem wtedy zrozumieć, ani umiejscowić. Teraz zaskoczył mnie i obezwładnił widok zielonych baraków, z szerokimi wrotami, przypominających trochę stajnie dla koni, usytuowanych w równych odstępach, szczytami do drogi, którą teraz podążam.
Widzę dokładnie taki sam obraz, jaki przed czterema laty ujrzałem we śnie.
Teraz już wiem, że był to obraz obozu koncentracyjnego w Birkenau.
< Przed otwartymi wrotami jednego z baraków, w kolejce rzędem ustawieni, stoją ludzie: tacy sami jak ja, więźniowie lagru. Są, tak jak ja, ubrani w obszarpane, brudne ubrania, na głowach mają takie, jak moja - więźniarskie berety-czapki. Swoim wyglądem przypominają klownów cyrkowych. Każdy z tych więźniów, trzyma w rękach okrągłą czerwoną miskę. To, co teraz widzę na własne oczy, to już nie jest sen - to tragiczna rzeczywistość.>
Opisanego tu fenomenalnego wydarzenia nie mogę niestety niczym udokumentować; w to można uwierzyć, lub nie dawać wiary,
Pierwsze ocalenie
Po pracy na komandzie wracaliśmy jak co dzień, do naszego baraku mieszkalnego nr 30. Obok bramy wejściowej do bloku stał jakiś elegancko ubrany więzień w "pasiaku" z opaską na ramieniu na której był napis Arbeitseinsatz
Gdy przechodziłem właśnie obok niego, odezwał się: "Chłopaki, który z was pochodzi z Tomaszowa? Niech się zgłosi!" Ja pierwszy zgłosiłem się, a za mną jeszcze trzech innych kolegów, którzy liczyli, że otwiera się jakaś wspaniała szansa na przeżycie. Więzień ów, zaczął mnie wypytywać, jakich znajomych z Tomaszowa, uwięzionych w Birkenau, znam osobiście.
Wymieniłem kilka nazwisk, a wśród nich Dankę Figielównę.
Gdy wypowiedziałem jej nazwisko, gwałtownie zareagował; zainteresował się i zaczął mnie wypytywać, skąd ją znam i jak dawno. Zapisał nasze numery i poszedł sobie. (Tu poinformuję, że w 1941 roku z tą dziewczyną, wtedy licząca ok. 20 lat, pracowałem w Tomaszowie Maz. w składzie aptecznym p. M. Kubiczka. (Nie była jednak moją sympatią, choć była piękną i miłą dziewczyną. W 1942 roku została aresztowana i deportowana do KL Auschwitz).
Następnego dnia ów elegancko ubrany więzień przyszedł znów do naszego bloku. Tym razem wywołał mnie i zapisanych wczoraj moich kolegów. Załatwił im bardzo dobrą, lekką pracę. Mnie natomiast, nic nie mówiąc, zabrał ze sobą. Zaprowadził do magazynu odzieży tzw. Bekleidungskammer. Załatwił wydanie nowego czystego ubrania. (Brudne, stare łachy od razu z siebie zrzuciłem). a następnie zaprowadził do bloku nr 2,w którym od tej chwili zamieszkałem.
Rozpocząłem pracę u niego w Arbeitseinsatzu, przy zapisach w kartotece rejestrującej miejsca pracy więźniów. Dorywczo pisałem również na maszynie, m.in. listy transpor-towe więźniów przenoszonych z Birkenau do innych, bliższych lub dalszych miejsc deportacji. Tym sposobem, z dnia na dzień, znalazłem się w miejscu nie tylko lekkiej, nie wyniszczającej pracy, ale i w środowisku, w którym mogłem więcej zobaczyć, rozpoznać, uczynić, ale i przetrwać obóz, żebym mógł, jak to czynię teraz, dać świadectwo o wydarzeniach w tym niezwykłym miejscu zbrodni ludobójstwa, w KL Auschwitz-Birkenau. Ale o takich zamiarach nawet mi się wtedy nie śniło.
Dramat selekcji więźniów
W szpitalu na odcinku BII/F byłem świadkiem selekcji na zagładę w komorze gazowej, ale zanim o tym opowiem, muszę wyjaśnić, jak się tam znalazłem i przedstawić moje własne trudne doświadczenia. A było to tak:
W początkach 1944 roku wymieniano nam bieliznę, która była dobrze zdezynfekowana i odwszawiana. Nie sprawdziłem, czy nie ma w niej insektów. Okazało się że w szwach koszuli były wszy. Ugryzły mnie i dostałem bardzo wysokiej gorączki.
Zachorowałem na tyfus i znalazłem się w szpitalu na odcinku B II F. Byli w nim zatrudnieni lekarze - więźniowie różnych narodowości.
Chorych przyjmowano do szpitala, lecz nie podawano żadnych lekarstw. Pacjent, jeśli miał słaby organizm - umierał; jeśli miał silne i zdrowe organy wewnętrzne i bez podawania lekarstw udało mu się przeżyć, czekała go śmiertelne zagrożenie - selekcja na zagładę w komorze gazowej. Selekcje były systematycznie przeprowadzane w szpitalu przez Lagerarzta SS. Przeprowadzano ją najczęściej wśród rekonwalescentów po przebytym tyfusie, lub wśród chorych na gruźlicę, na malarię itp.
Gdy mnie przyprowadzono na izbę przyjęć, lekarz-więzień zbadał mnie i orzekł: "Ten ma mocne i zdrowe serce i płuca - ma szanse przeżyć". Położyli mnie do łóżka. Natychmiast zasnąłem i straciłem przytomność. Przytomność odzyskałem po bliżej nieokreślonym czasie. Wysoka gorączka opadła. Zostałem ocalony.
Na bloku szpitalnym odwiedzał mnie kolega Ignacy Błaszczyk, pracujący w szpitalu oraz jego przyjaciel doktor Stanisław Zasacki, zatrudniony w laboratorium analitycznym odcinka szpitalnego B II F.
Po pewnym czasie przeniesiono mnie na blok rekonwalescentów.
Tam niemiecki sanitariusz (tzw. SS-SDG) pobierał mi z żyły krew w stanie, gdy jeszcze nie zupełnie kontaktowałem z otoczeniem. Taki zabieg służący celom diagnostyki dla dobra chorego mógł dziwić, bo skoro nie podawano więźniom leków, gdyż nie starano się ich wyleczyć, to jakim celom miało służyć sprawdzenie, czy pacjent już wyzdrowiał, czy nie?
Gdy Lagerarzt SS rutynowo przeprowadzał wśród rekonwalescentów selekcję na zagładę, mnie w tej selekcji pominięto. Dlaczego? Sprawa wyjaśniła się, ale dopiero po wyzwoleniu.
W latach 1962-1974 pracowałem jako inspektor nadzoru budowlanego w Końskich. Przypadkowo spotkałem tam dr Stanisława Zasackiego tego, który odwiedzał mnie w szpitalu na B II F.
Powiedział mi, że pobierana krew od więźniów, między innymi również ode mnie, była przekazywana do Instytutu Higieny SS w miejscowości Rajsko koło Oświęcimia, dla celów eksperymentalnych. Ocalona przed zniszczeniem przez SS tzw. Księga Główna Instytutu Higieny SS, potwierdziła ten fakt. Zapisany w niej kilkakrotnie mój numer więzienny, stał się wiarygodną podstawą do otrzymania odszkodowania pieniężnego
za pseudolekarskie eksperymenty.
Okoliczność wytypowania mnie dla przeprowadzenia badań przez Instytut Higieny SS, spowodowała kolejne trzecie moje ocalenie życia.
Tak się domyślam, ale czy tak rzeczywiście było? Czy może wtedy selekcję "do gazu" przeprowadzał Lagerarzt tylko wśród Żydów?
A oto kolejne świadectwo - o przebiegu selekcji i deportacji ofiar do komór śmierci:
Rozebranych do naga i ustawionych w szeregu więźniów Lagerarzt SS oglądał, oceniał i typował bardziej chorych na zagładę w komorze gazowej. Karty chorobowe więźniów przeznaczonych do unicestwienia, zostały na jego polecenie natychmiast wyłączone z ewidencji szpitala. Potem więźniowie ci powrócili do swoich łóżek.
Skazańcy przez całą noc nie spali. Ponakrywani na głowę kocami, siedzieli w swoich łóżkach i modlili się. Przeżywali z wielkim lękiem ostatnie chwile swojego życia na tej ziemi. Pogrążeni w modlitwie wzbudzali nasze współczucie i trwogę, którą razem z nimi, skazańcami, przeżywaliśmy wszyscy.
Był luty 1944 roku. Ostra zima. Rano, całkiem nagich ludzi pookrywanych tylko kocami wyprowadzono do drewnianego baraku umywalni (Waschraumu). Tam pozostawiono ich przez cały dzień nagich aż do wieczora w pomieszczeniu o temperaturze poniżej zera. Pod wieczór, gdy się ściemniało, podjeżdżały pod barak umywalni (Waschraumu) ciężarowe samochody.
Skazańców ładowano na nie. Jeszcze żywych wprowadzano do samochodów, natomiast zwłoki zmarłych z wyziębienia, wrzucali pojedynczo do skrzyni samochodu.
Gdy samochód ruszał, skazani zaczęli głośno śpiewać pieśni religijne. Samochód odjeżdżał..., śpiewy stopniowo cichły... Dopełniła się zbrodnia ludobójstwa.
Na zagładę odjechały kolejne niewinne ofiary hitlerowskiego ludobójstwa... Odrętwieni
i w głębokiej zadumie spoglądaliśmy na oddalający się samochód-karawan z żywymi jeszcze ludźmi...
W sierpniu 1944 roku hitlerowcy na terenie naszego odcinka B II/D zarządzili apel i wśród żydowskich więźniów przeprowadzali selekcję w celu zamordowania w komorach gazowych. Pamiętam ten wielki strach i popłoch, jaki powstał wśród kolegów Żydów zatrudnionych u nas w Arbeitseinsatzu i w Schreibstubie.
Po apelu kilkusetosobową grupę wyselekcjonowanych ofiar pieszo wyprowadzano z terenu obozu w kierunku komór gazowych i krematorium. Szli bez protestu, bardzo spokojnie - jak zwierzęta prowadzone na rzeź. Byli wyczerpani, zmęczeni, zrezygnowani i głodni. Kilku podczas marszu spożywało ostatni kęs chleba, żeby choć przed śmiercią najeść się do syta. To było przerażające, że ci ludzie w pełni świadomi co ich za chwilę spotka - nie protestowali, nie krzyczeli, nie płakali i szli tak bardzo spokojnie sparaliżowani strachem.
Byliśmy wstrząśnięci tym widokiem...
Zagłada rodzin cygańskich
We wrześniu 1944 roku, dochodziły do nas wieści o zbliżającym się froncie.
Przybywały transporty ewakuacyjne więźniów z obozu w Majdanku oraz transporty żołnierzy wziętych do niewoli po upadku Powstania Warszawskiego.
Z sąsiadującego z nami odcinka B II/E, rodzinnego obozu cygańskiego rozpoczęto ewakuację mężczyzn i zdrowych młodych kobiet, których wywieziono w nieznanym kierunku (nigdy nie było wiadomo, czy więźniów wysyłano do innego obozu, czy gdzieś na unicestwienie) W obozie pozostała znaczna liczba kobiet z dziećmi w różnym wieku oraz ludzie starzy, niedołężni i kaleki.
Pewnego dnia na naszym odcinku zarządzono tzw. Lagersperrę. Polegała na zamknięciu wszystkich zewnętrznych wyjść z bloków i zakazie wychodzenia więźniów z bloków na teren obozu.
Wkrótce usłyszeliśmy warkot nadjeżdżających samochodów.
W sąsiadującym z nami obozie cygańskim rozpoczynała się zagłada rodzin cygańskich (z których wcześniej wywieziono młode, silne osoby, które mogłyby stawiać skuteczny opór w obronie życia własnego i swoich rodzin).
Do drewnianych baraków, takich jak nasze, wyposażonych w dwie duże bramy w szczytach, przez jedną wchodzili SS-mani, którzy bijąc, przepędzali mieszkańców bloku do bramy wyjściowej znajdującej się w drugim końcu baraku. Tam stały już samochody, na które siłą zapędzali ludzi wywożonych na śmierć w komorach.
Krzyków rozpaczy, wrzasku, jęków, nawoływań o pomoc, o darowanie życia - nie było końca. Zamknięci w drewnianych barakach słyszeliśmy każde słowo, krzyki i płacz.
Człowiek o bardzo silnych nerwach nie mógłby tego wszystkiego znieść, szczególnie płaczu niewinnych, maleńkich dzieci.
Wrażliwość na krzyk rozpaczy dziecka pozostała we mnie do chwili obecnej. Jeszcze dziś echem dawnych przeżyć słyszę to wszystko podświadomie.
Z pogromu uratowała się tylko jedna matka z sześciorgiem dzieci, która widząc co się dzieje, ukryła się z dziećmi w hałdzie drewna opałowego. Po zakończeniu akcji likwidacyjnej, gdy odkryto jej obecność w opróżnionym obozie cygańskim, przenieśli ją na FKL (do obozu kobiecego).
"W cieniu szubienicy"
Moje trudne doświadczenia obozowe nie skończyły się na tych wydarzeniach. Było jeszcze jedno zagrożenie życia - największe. Było brzemienne w tragiczne skutki i spowodowało mój głęboki szok.
W dodatku rozwinęła się gruźlica płuc, na którą zachorowałem po przebytym tyfusie plamistym i pseudo medycznych eksperymentach.
Wróciłem do pracy w Arbeitseinsatzu. W dalszym ciągu pracowałem przy zapisach w ewidencji więźniów, jednak teraz pracowałem na nocną zmianę, bo ktoś jeszcze, pod-czas mojej choroby i nieobecności, został przyjęty do pracy,
Pewnego dnia, kolega z tego samego co ja transportu, Jan Ignatowicz, pracujący w sąsiednim bloku jako tzw. Stubendienst (sprzątacz bloku), poprosił mnie o pomoc w załatwieniu mu zmiany miejsca pracy. Zdziwiłem się, dlaczego chce zmienić tak dobra pracę w bloku, na wyniszczającą pracę na komandzie. Swoją decyzję uzasadnił mi konfli-ktem ze swoim blokowym, a ja uwierzyłem mu. Nie podejrzewałem, że ma zamiar uciekać z obozu.
Ponieważ byłem w niełasce u mojego szefa (bez przerwy podejrzewał, że byłem sympatią jego damy serca) - o przysługę dla Janka poprosiłem kolegę z naszego biura, mec. Jerzego Klewina, a on załatwił urzędowe przeniesienia tzw.Verlegung u pewnego więźnia z sąsiedniej Schreibstuby. Bez takiego urzędowego przeniesienia, Janek nie mógłby samowolnie opuścić pracy w bloku i miałby przeszkody ze strony swojego blokowego, u którego, i pod którego dozorem pracował.
W tym miejscu, muszę rozwiać nasuwającą się wątpliwość: "co to za zagrożenie dla życia, stanowi załatwienie komuś przeniesienia do innej pracy?"
Muszę więc wyjaśnić, że każdy więzień, od momentu gdy zamknęła się za nim brama obozu, był pozbawiony wszelkich ludzkich praw, był ubezwłasnowolniony i pozostawał pod stałym dozorem jakiegoś zwierzchnika - również więźnia. Swoją osobą i własnymi decyzjami dysponował tylko w godzinach od wieczornego apelu - do gongu nocnej
ciszy i nocnego snu. Nie mógł samowolnie ani zmienić swojego bloku, ani komanda pracy. Jeśli to uczynił, spotykał się z ostrymi restrykcjami.
Po kilku tygodniach zawyły syreny alarmowe oznajmiające ucieczkę więźnia. Z meldunku przysłanego natychmiast do naszego biura dowiedziałem się, że jednym z uciekinierów, a uciekało ich tego dnia kilku, jest właśnie Jan Ignatowicz (faktycznie nazywał się Zbigniew Moliński, o czym dopiero po wojnie dowiedziałem się).
Cały dramat związany z obawą odkrycia mojej pomocy rozegrał się podczas wieczornego apelu:
O mojej pomocy dowiedział się mój szef. Nic mi nie wypominał, nie gromił, ale podczas apelu wywołał mnie z szeregu i polecił wyjąć karty personalne zbiegów i przedstawić SS-Raportfuehrerowi (podoficer "raportowy" SS, przeprowadzający codzienne liczenie ilości więźniów) przeprowadzającemu dochodzenie w sprawie okoliczności związanych z ucieczką więźniów.
Podawałem SS-manowi karty, a ręce i nogi trzęsły mi się ze strachu. Nastąpił dramatyczny moment wyczekiwania:
Odkryje, czy nie odkryje mojej pomocy w ucieczce? Jeśli odkryje - to ze mną koniec. Czeka mnie nieuchronna szubienica...
Po bardzo długiej chwili - długiej jak wieczność, oddał mi karty kartotekowe. Odetchnąłem z ulgą...
Najwidoczniej Pan Bóg odebrał rozum hitlerowcowi, że nie zauważył mojej pomocy, dziecinnie łatwej do wykrycia. Zaniechał wykorzystania tak często stosowanej przez władze niemieckie obozu metody restrykcji względem otoczenia uciekiniera, osób które mogły pomagać lub wiedziały o zamiarze ucieczki i karać ostro na zasadzie odpowiedzialności zbiorowej. Ponadto wystarczyło porównać mój numer 131 602, widoczny na mojej piersi, z numerem uciekiniera 131 975, Jana Ignatowicza, który miał przed oczyma na jednej z kart personalnych.
Wystarczyło również jedno spojrzenie na moją twarz, bladą ze strachu i trzęsącą się rękę, gdy podawałem kartę personalną uciekiniera, żeby wszystko stało się jasne - moje powiązanie z ucieczką.
A mój szef przeprowadzając ten manewr, sam chciał się zabezpieczyć przed odpowiedzialnością na wypadek odkrycia pomocy i uniknąć najgorszego. Ale dobrze, że nie zadenuncjował mnie, tylko śmiertelnie przestraszył. Całą sprawę odkrył, chyba wcześniej, blokowy, zwierzchnik Janka, ale też nie wsypał.
Chwilowo nic się nie wydało. Ale ja pozostawałem w wielkim stresie i oczekiwaniu, co będzie dalej. Kulisy sprawy znało jeszcze kilka innych osób w obozie, mógł też Janek zostać schwytany, nie tylko w pobliżu obozu, ale i na dalszej trasie ucieczki.
Na szczęście, moja pomoc nie wydała się, aż do końca mojego pobytu w Birkenau. Gdy do Oświęcimia zbliżał się front nacierających wojsk rosyjskich, hitlerowcy zarządzili rozpoczęcie ewakuacji więźniów. Do opustoszałego po zagładzie Cyganów sąsiedniego odcinka B II/E sprowadzono więźniów z KL Auschwitz I (z głównego obozu), celem przygotowania ich do ewakuacji.
Nadarzała się wyjątkowa okazja, z której natychmiast skorzystałem. Do listy transportowej więźniów, pisanej przeze mnie na maszynie, wpisałem swoje nazwisko.
W ten sposób "uciekłem spod szubienicy"...
Na krok ten musiałem się zdecydować chcąc uniknąć śmierci, mimo rozwiniętej już gruźlicy płuc i przewidywanych zagrożeń, związanych z trudnymi do przeżycia warunkami w nowym miejscu deportacji.
Nawiązując do opisanego przypadku ucieczki, przedstawię kilka zdań ogólnego komentarza na temat ucieczek oświęcimskich:
Od tzw. "starych numerów" (więźniów wcześniej uwięzionych) dowiedziałem się o bohaterstwie pewnego ojca franciszkanina, który oddał swoje życie za życie kolegi więźnia i został zamordowany w bunkrze głodowym.
(Jak dowiedziałem się już po wojnie był nim św. Maksymilian Maria Kolbe, ojciec franciszkanin, więzień KL Auschwitz nr 16 670 - zmarł z głodu 14. sierpnia 1941 roku,
w przeddzień święta Wniebowzięcia Matki Bożej, zamordowany w bunkrze głodowym jako ten, który po ucieczce pewnego więźnia, podczas selekcji na apelu, zgłosił się dobrowolnie na śmierć, ratując życie więźnia Gajowniczka. Stał się wzorem bohatera i świętego oraz patronem wszystkich więźniów KL. Auschwitz, a w szczególności
"tarczą ochronną" uciekinierów z obozu.
Opisana ucieczka Ignatowicza (Molińskiego) była przykładem bohaterskiej walki, nie tylko o wolność i życie własne, ale i o wolność kilku, lub kilkunastu innych więźniów-uciekinierów. Z udziałem innych osób, potencjalnych zbiegów, Moliński przygotował podziemny bunkier-schowek dla wielokrotnych ucieczek oraz przekazywał im cenne informacje o trasie bezpiecznego przejścia przez strefę ochronną obozu, w znanym mu dobrze terenie (z czasów, gdy odbywał tu służbę wojskową w 1934 roku). Ponadto Zbyszek uciekł z obozu po to, żeby wejść do partyzantki i podjąć walkę z okupantem.
Dlatego ja mam dla niego szacunek i przyjaźń, bo mimo że nie poinformował mnie o zamiarze ucieczki prosząc o urzędowy Verlegung i naraził na śmiertelne niebezpieczeństwo, to przebaczyłem i modlę się w jego intencji, ponieważ po ucieczce, walczył przeciw Niemcom jako dowódca grupy partyzanckiej AK.
Natomiast wobec szefa Arbeitseinsatzu mam wyrzuty sumienia, bo naraziłem go przez mój "wybryk" na jakieś wielkie dolegliwości, a zarazem i wyrozumiałość, bo on zrewanżował się narażając mnie na utratę życia, lecz nie zadenuncjował, ale przestraszył, a wcześniej uratował mi życie, przyjmując do siebie do pracy w biurze Arbeitseinsatzu.
Zdzisław Arkuszyński
b. więzień K.L. Birkenau i wydawca witryny
|
|
|
Matka-bohaterka, która dla życia poczętego dziecka
poświęciła swoje własne życie
Obszerne świadectwo o niezwykłych wydarzeniach życia, przekazała zezwalając na jego publikację, w nieco skróconym kształcie, pani Monika Bremerska z Piotrkowa Trybunalskiego, matka młodej 25-letniej mężatki Doroty Piesik.
A oto jej świadectwo:
Dorota, od najmłodszych lat była zdrową, dobrze rozwijającą się i bardzo wrażliwą dziewczynką. Ukończyła z wyróżnieniem studia, zdobyła zawód i wyszła za mąż.
Nagle zachorowała. Poczuła się źle. Była leczona początkowo na porażenie nerwu twarzy, potem po badaniach, rozpoznano guza mózgu.
Zdarzyło się to, czego nikt nie przewidywał. Dramat rozpoczął się wtedy, kiedy stwierdzono, że Dorota jest w ciąży. Werdykt lekarzy był jednoznaczny: "Aby dać szanse Dorocie, trzeba natychmiast usunąć ciążę i przystąpić do chemio- i kobalto-terapii".
Tego co wtedy przeżyliśmy, nie da się opisać. Ale ta dzielna dziewczyna nie załamała się. Długo modliła się i prosiła Matkę Bożą, żeby jej podpowiedziała co ma uczynić. Tego co wtedy przeżyliśmy, nie da się opisać. Ale ta dzielna dziewczyna nie załamała się. Długo modliła się i prosiła Matkę Bożą, żeby jej podpowiedziała co ma uczynić.
Potem kategorycznie powiedziała, że nie zabije swojego dziecka.
Zapytała mnie: "Mamo, czy mi pomożesz, czy zaopiekujesz się mną w najtrudniejszych chwilach?"
Odpowiedziałam jej: "Córeczko, jeśli będzie trzeba, będę cię na rękach nosiła". Tygodnie biegły. Córka czuła się co raz gorzej. W czwartym miesiącu ciąży już nie chodziła, źle przełykała, miała trudności z oddychaniem. .. Modliłam się do Boga. Prosiłam o pomoc. Dzięki pomocy rodziny z Włoch w maju 1992 roku poleciałyśmy samolotem do Włoch, do włoskich specjalistów. Dorota była już na wózku inwalidzkim. W klinice neurologicznej w Legnano, po zbadaniu chorej lekarz powiedział, że przyjechałyśmy za późno.
Dorota rozpłakała się. Nie miałyśmy pieniędzy na leczenie, a mimo to przyjęli ją do szpitala. Przeprowadzono konieczne badania. . W mózgu założono zastawkę, żeby zatrzymać proces chorobowy. Po tej operacji stan zdrowia pogorszył się. Trafiła na oddział reanimacji. Podłączono różną aparaturę. Lekarze orzekli, że Dorota w każdej chwili może umrzeć. Choć dziecko jeszcze żyje, jego życie jest również zagrożone. Pozwolono mi przebywać na oddziale reanimacji.
Trzymając moją córkę w ramionach, modliłam się do Matki Bożej o łaskę ocalenia tych dwojga. Dorota nie chciała brać żadnych leków uśmierzających ból, żeby nie zaszkodzić dziecku. Mimo bólu uśmiechała się. Lekarze podziwiali jej hart ducha i okazywali dużo serca w trosce o jej życie.
Kolejne badania mózgu, nagle, wykazały zatrzymanie się procesu chorobowego. Po kilku tygodniach, córka wróciła na oddział neurochirurgii. Stwierdzono, że dziecko rozwija się prawidłowo. Intensywna opieka lekarska i świadomość że dziecko rozwija się dobrze sprawiły, że tak wielkie cierpienia Dorota znosiła z uśmiechem. Przebywałam z córką na oddziale dzień i noc. Trwało to około miesiąca. Ludzka miłość, której doznawałyśmy w tym wspaniałym kraju dodawała nam sił. Włosi uczynili wszystko, żeby uratować Dorotę i jej dziecko.
Modlili się razem z nami, pomagali finansowo i duchowo. Prasa włoska drukowała artykuły na temat walki o życie Doroty i jej dziecka. Telefonowano do nas z różnych stron Włoch i ze Szwajcarii. Ludzie przysyłali pieniądze i ubrania dla nas i nawet już dla dzieciątka. Włosi opłacili też przejazd mojego zięcia do Włoch.
W tym klimacie miłości i nadziei zdrowie Doroty zaczęło się poprawiać. Choć nadal była sztucznie karmiona, odłączano co raz to inną aparaturę. Już sama oddychała. Potem przeniesiono ja na oddział położniczy. Zaczęła przełykać zmiksowane potrawy. Neurochirurg poproszony na konsultację nie mógł uwierzyć, że Dorota może już jeść. Podjęto wreszcie decyzję odłączenia sondy.
Lekarze orzekli, że ciążę będzie można rozwiązać 14 września. Czy to przypadek, że to będzie święto Podwyższenia Krzyża Świętego? Przygotowana specjalna aparatura do ratowania życia Doroty okazała się całkiem zbędna.
Dorota urodziła zdrowego, wspaniałego syna. a czuła się lepiej, niż inne zdrowe kobiety, które w tym czasie rodziły.
Prasa, kamery, pacjenci tłumnie otoczyli nas. Nagłówki artykułów prasowych głosiły:
"Cud w szpitalu!", "Chora na nowotwór mózgu wydaje na świat dziecko", "Miłość bohaterskiej polskiej matki zwyciężyła zło". "Urodził się cudem. Uczyńcie wszystko żeby żył!" itd. Ci obcy ludzie płakali. Przychodzili do nas, całowali ręce Doroty.
Nadaliśmy mu imię Łukasz. Po czterech tygodniach przewieziono nas z Łukaszkiem do Varese na oddział radioterapii. Tam również przyjęto nas z nadzwyczajną miłością. W szpitalu, przy łóżku ciężko chorej, lecz szczęśliwej mamy odbył się Łukasza chrzest. Goście, a była ich liczna grupa, zaśpiewali "Czarną Madonnę", a ksiądz powiedział, że to "Czarna Madonna" doprowadziła do tych uroczystości.
Do kraju wróciliśmy w końcu listopada 1992 roku. Dorota czuła się co raz lepiej - była już w rodzinnym domu i w swoim kraju. . Nadszedł kwiecień 1994 roku. Nagle Dorota poczuła się bardzo źle. Odwozimy ją do szpitala. Badanie komputerowe wykazuje istnienie nowego guza o dużej złośliwości w płacie czołowo-ciemieniowym. 24 kwietnia 1994 roku stan zdrowia Doroty jest beznadziejny: wystąpiła śpiączka i brak wszelkich reakcji. W tym dniu Ojciec Święty beatyfikuje Giovanni Molla, która wiele lat temu zmarła w podobnych okolicznościach.
Po wielkim kryzysie, stan mojej córki znów się poprawił, ale nadal był ciężki. Lekarze mówili, że nie wiedzą dlaczego jeszcze żyje, że w każdej chwili może umrzeć. Ale ona żyła, żyła przybita śmiertelną chorobą. Często patrzyła na Krzyż wiszący na ścianie i wyciągała do Niego swoją lewą rękę. Nigdy się nie skarżyła na swój los, na swoją mękę. Tuliła małego Łukaszka, który co chwilę przybiegał do jej łóżka i mówił: "kocham cię mamo". Wzruszała się, a on klękał wtedy przy jej łóżku i odmawiał paciorek.
Pewnego wieczoru bardzo płakałam i modliłam się w intencji Doroty. Kiedy zasnęłam miałam senną wizję. Matka Boża prowadziła mnie ścieżką i pokazywała różne domy. Najpierw były szare. Później coraz jaśniejsze i ładniejsze. Na koniec stał piękny okazały dom - cudownie oświetlony i cały w kwiatach. Uśmiechnęła się do mnie Maryja i powiedziała: "To jest dom twojej Doroty".
Trzy tygodnie przed śmiercią Dorota leżąc na swym łóżku wyciągnęła swoja lewą rękę do Krzyża, mimo że już od dawna nie mogła mówić, powiedziała: "Ja chcę już iść do Nieba". Chciałam, by to jeszcze powtórzyła, ale ona tylko się do mnie uśmiechnęła. W niedzielę 3 września 1995 roku cały dzień czuwaliśmy przy jej łóżku. Wieczorem
byłam z nią sama. Odmówiłam koronkę do Miłosierdzia Bożego.
Tego dnia o godzinie 21 odeszła do Pana. Tuliłam jej martwe ciało do serca. Była już szczęśliwa i było to widać.
Uroczystości pogrzebowe uświetnił ks bp Adam Lepa i kilkunastu księży. Tłumy wiernych żegnały tą, która dla ratowania swojego dziecka oddała najlepsze lata życia, złożyła przy tym ofiarę wielkiego cierpienia i poszła z modlitwą do Chrystusowego Krzyża.
Uchwałą Rady Miasta Piotrkowa Tryb. z dnia 11.10.1995 roku Dorota Piesik otrzymała tytuł Honorowego Obywatela Miasta Piotrkowa Trybunalskiego. Mały Łukaszek przyjął już I Komunię św. Jest ministrantem, a służbę przy ołtarzu wypełnia gorliwie. Jest zdrowy. Uczy się bardzo dobrze, a mamę swoją kocha tak, jakby tu żyła przy nim.
Już w swoim krótkim życiu w Adopcję Duchową przyjął kolejno dwoje dzieci poczętych.
|